Więzienny stosunek

O tym, że nadużywanie władzy jest złe, zapewne każdy z nas wie doskonale. Z takim nadużyciem możemy się spotkać niemalże na co dzień, władzy mogą nadużywać politycy, policjanci, urzędnicy państwowi. Można by tak wymieniać bez końca. Przeglądając materiały Superwizjera TVN, natrafiłem na ciekawy materiał o Zakładzie Karnym nr 1 we Wrocławiu. To, co działo się swego czasu w tym więzieniu wielu z was, drodzy Czytelnicy może mocno zbulwersować…

O tym, że życie w więzieniu to nie bajka, zapewne każdy z nas może się tylko domyślać. Od czasu, do czasu docierają do nas jakieś szczątkowe informacje, jak tam jest. Więźniowie nie powinni liczyć na lepsze traktowanie, w końcu nie są tam umieszczeni bezpodstawnie. Zakład Karny numer 1 we Wrocławiu jest szczególny pod wieloma względami. To właśnie tam wyroki odsiadują pierwszy raz karani, recydywa, szczególnie niebezpieczni, uzależnieni od alkoholu i narkotyków czy więźniowie z pozwoleniem na wykonywanie pracy. Do tego jest tam zakład półotwarty, szpital, szkoła, areszt, ośrodek odwykowy i „Babiniec”, czyli pawilon, w którym wyroki odsiadują kobiety. Dr Paweł Moczydłowski, ekspert i były szef Służby Więziennej twierdzi: „W normalnych warunkach taki zakład powinien być rozdzielony na kilka odrębnych jednostek. Więzienie w takim kształcie w ogóle nie powinno istnieć.”

To właśnie za sprawą materiału Superwizjera TVN w 2017 roku, zrobiło się głośno na temat tego zakładu karnego. Z materiału wynikało, że osadzone z „Babińca” były wykorzystywane jako prostytutki dla innych więźniów, którzy mieli dobre układy ze strażnikami. Jedna z nich – Katarzyna B. – twierdziła nawet, że była molestowana przez strażnika w więziennej kaplicy. Opowiedziała też historię osadzonej, która w trakcie pobytu w więzieniu zaszła w ciążę. Między 2013 a 2017 rokiem policja zatrzymała tam aż 14 funkcjonariuszy. Większość z nich pracowała na oddziale 4B, gdzie wyroki odsiadują najgorsi recydywiści. Funkcjonariuszom postawiono łącznie kilkadziesiąt zarzutów. Najpoważniejsze z nich dotyczyły przyjmowania łapówek od więźniów, handlu narkotykami i umożliwiania kontaktów seksualnych między osadzonymi za pieniądze.

Czy jednak można wierzyć osobom skazanym? Czy przypadkiem strażnicy więzienni nie padli ofiarom pomówienia? Tego do końca nie wiadomo.

28 października 2014 roku policjanci zatrzymali Artur K., stawiając mu zarzuty sutenerstwa. Cały akt oskarżenia opierał się na zeznaniach więźniów, wobec których wcześniej egzekwował przestrzeganie prawa. Jak twierdzi osadzony na oddziale więziennym Przemysława E., to właśnie Artur K. jako oddziałowy miał za 50 zł organizować kontakty seksualne z kobietami osadzonymi w zupełnie innej części więzienia. „Poszedłem do Artura i spytałem, czy jest możliwość, aby przyprowadził jakąś dziewczynę. Powiedział, że tak, za 50 złotych. Dwukrotnie skorzystałem z takiej możliwości. Raz było to za 50 zł, raz za 100. Najpierw przekazywałem pieniądze Arturowi, to było po apelu wieczornym na korytarzu. Jak dałem mu pieniądze, to on powiedział oddziałowemu, żeby mnie zaprowadził na 1A do pustej celi. Ta cela była otwarta. Poczekałem chwilę i oddziałowy przyprowadził kobietę. Nie znam jej danych. Odbyliśmy stosunek seksualny. Myślę, że ona zgodziła się za pieniądze, które otrzymywała od oddziałowego. Ten proceder był powszechnie znany wśród »złodziei«. Za drugim razem wyglądało to podobnie, tylko zapłaciłem 100 złotych” – mówił w prokuraturze Przemysław E. Oczywiście nie było żadnych dowodów, a dodatkowo duże wątpliwości budzą też okoliczności przez niego przytoczone. Oddział kobiecy jest autonomicznym budynkiem na terenie zakładu karnego, z oddzielną administracją i służbą więzienną, złożoną głównie z kobiet. Do pawilonu, w którym miało dojść do kontaktu seksualnego, prowadzi tylko jedna droga, zabezpieczona drzwiami z elektromagnesem i kluczem, który miał dowódca zmiany. W dodatku na oddziale 1A, w którym według „Przema” miało dojść do stosunku seksualnego, przebywali więźniowie szczególnie niebezpieczni, a więc oddział był monitorowany przez 24 godziny na dobę. Artur K., który został oskarżony o ten proceder, twierdzi: „To był strategiczny oddział, więc rodzi się pytanie, ile osób musiałoby być zaangażowanych w ten proceder? Po pierwsze dowódca zmiany, który ma klucze do przejścia między pawilonami. Jeśli ten wydałby mi klucze, dowiedziałby się o tym też zastępca dowódcy zmiany, funkcjonariusz tzw. bramowy, przewodnik psa specjalnego, który przebywa w tym samym pomieszczeniu, oddziałowe, które musiałyby mi wydać tę kobietę, strażnik, który pełni służbę na wieżyczce i funkcjonariusz, który pełni służbę na oddziale 1A, by udostępnić mu tę celę. Łącznie 10 osób. I to wszystko za jedyne 50 złotych do podziału. Przecież to jest absurd!” Nie trudno się nie zgodzić z tym co powiedział…

Jego słowa zostały potwierdzone także przez innych strażników, którzy w tej sprawie zeznawali jako świadkowie. Wszyscy zgodnie potwierdzali, że takie swobodne poruszanie się po więzieniu, szczególnie w porze nocnej, jest po prostu niemożliwe. Jeden z emerytowanych już strażników, Tomasz Sz. zeznaje: „Oddziałowy nie zajmuje się pobieraniem osadzonych z cel, tym zajmują się funkcjonariusze doprowadzający, oddziałowy otwiera celę. O tym, że osadzony jest pobierany z celi, jest informowany dowódca zmiany. Takie pobranie jest odnotowywane w książce ruchu, która znajduje się w dyżurce oddziałowego”.

 

 

Przemysława E. w trakcie procesu odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, nie pamięta też funkcjonariusza, który pełnił tam wtedy służbę, a który doprowadził go do celi i przyprowadził mu osadzoną. Co więcej, nie zapamiętał też kobiety, z którą odbył stosunek. Ze wszystkich osób, które musiały być zaangażowanie w całą akcję, zapamiętał tylko Artura K.

Przed sądem zeznawała także odsiadująca karę w tym czasie kobieta, Alicja D. Jak mówiła przed sądem: „Pracowałam w administracji jako porządkowa i w kaplicy w tych okresach. To, co mówią w telewizji i w radiu o tej sprawie, jest oburzające. Nas, jako kobiety, które odbywają tam karę, to obraża. […] Gdy jesteśmy pobierane z celi, to zawsze takie wyjście jest odnotowywane, jest wpisywane, gdzie idziemy, w jakich godzinach. Nie ma możliwości, żeby takie wyjście było gdzieś pominięte. Nikt by się na to nie zgodził”

Artur K. usłyszał też zarzut rzekomego pobicia więźnia. Co ciekawe, w trakcie rozprawy sądowej, kiedy sędzia zapytał go, czy może wskazać na sali sądowej funkcjonariusza, który go pobił, ten potwierdził i pokazał na zupełnie inną osobę – a konkretnie jednego z więźniów, zeznającego w sprawie innego funkcjonariusza. Obecna na rozprawie publiczność skwitowała to gromkim śmiechem. Żeby tego było mało, najbardziej absurdalny zarzut, jaki usłyszał, dotyczył… Ketanolu, który przechowywał w swojej szafce. Zdaniem prokuratora, główny składnik tego leku, czyli ketoprofen, zażywany w dużych dawkach, może mieć właściwości odurzające…

Kolejną osobą, która miała nadużywać swojej władzy, to Grzegorz Ż. który po 20 latach służby został wychowawcą. To jedna z najbardziej odpowiedzialnych funkcji w więzieniu. Musiał decydować o tym, kto z kim siedzi w celi, wystawiał osadzonym opinie, kierował na odwyki, studia czy do pracy. Jak sam podkreśla, czasem musiał być dla nich jak dobry ojciec, a innym razem jak surowy nauczyciel. Przepracował na tym stanowisku 10 lat. Przez cały okres służby otrzymał około 20 nagród, w tym za ratowanie jednostki podczas powodzi w 1997 r. Został on zatrzymany w tym samym dniu co Artur K. czyli 28 października 2014 roku. Na sali sądowej usłyszał, że ukradł więźniowi kiełbasę. Bo nie wziął śniadania do pracy. Posądził go o to człowiek, który sam odsiaduje wyrok za zabójstwo babci. Według świadków miał on także przyjmować łapówki za wystawianie pozytywnych opinii penitencjarnych, potrzebnych do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie i łączny wyrok. W sądzie z tego zarzutu tłumaczył się w następujący sposób: „To w ogóle jest stek bzdur. Tego Piotra B. to ja nawet na oczy nie widziałem, bo on siedział na innym oddziale. A ja mogę wystawiać opinię tylko osadzonym z mojego oddziału. Po drugie, jeśli nawet wystawię pozytywną opinię, nie ma gwarancji, że więzień wyjdzie na „warunkowe” albo otrzyma taki wyrok łączny, jaki sobie życzy. Bo pod tą opinią musi się jeszcze podpisać kierownik penitencjarny, dyrektor zakładu, a ostateczną decyzję podejmuje sąd. Co więcej, zażalenie w tej sprawie może zgłosić też prokurator.”

Na dzień dzisiejszy obaj strażnicy zostali oczyszczeni z ze stawianych im zarzutów. Sąd uznał za niewiarygodne i nieudowodnione zarzuty m. in. pośrednictwa w załatwieniu więźniowi usług seksualnych więźniarki, zlecenia pobicia osadzonego przez współwięźniów, tuszowania sprawy tego pobicia czy sprzedania więźniom kradzionego odtwarzacza DVD za łapówkę.

Tak więc czy osoby, które odsiadują wyroki za różnorakie przestępstwa, są wiarygodniejszym źródłem dla prokuratury? Czy może ktoś chciał pozbyć się niewygodnych „klawiszy”? Z całą pewnością takich spraw jest więcej i jeszcze nie raz usłyszymy o tego typu nadużyciach w systemie penitencjarnym…

Opracował: Jan Kryński

Źródła:

https://polskatimes.pl/wroclaw-wiezienie-jak-dom-publiczny-seks-za-pieniadze-albo-za-przepustke/ar/11781238

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/zalatwimy-was-jak-tych-z-kleczkowskiej/3ywezt3

https://gazetawroclawska.pl/straznicy-z-wiezienia-uniewinnieni-seks-za-pieniadze-brak-dowodow/ar/13769295

https://gazetawroclawska.pl/wroclaw-wiezienie-jak-dom-publiczny-seks-za-pieniadze-albo-za-przepustke/ar/11781238

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments