Lekarz zabił żonę i córkę

– To jest wielka rodzinna tragedia, jesteśmy pogrążeni w wielkim smutku. Wojtek był lekarzem z powołania, pomagającym o każdej porze dnia i nocy. Zawsze można było na niego liczyć. Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon przed świętami wielkanocnymi. Mówił, że jedzie do pacjenta i dlatego nie może się spotkać – mówi Waldemar Białowąs, wicestarosta powiatu świdnickiego.

Morderstwo na Lwowskiej
– Nieraz oglądaliśmy w telewizji, że zdarzają się rozszerzone samobójstwa. Dlaczego ktoś zabija niewinne osoby? A tu proszę… ktoś taki bliski. To straszne – mówiła Irena Lewak, przyjaciółka ofiary.
W kwietniu 2018 roku Lublinem wstrząsnęła tragiczna wiadomość. W mieszkaniu na ulicy Lwowskiej znaleziono trzy ciała. Byli to: Wojciech B. (72 lata), jego żona (70 lat) oraz córka (38 lat).
– Dzwoni do mnie kolega i pyta, czy wiem, co się stało z Wojtkiem. Mówię, że nie. Powiedział, że był wczoraj u niego w domu, zaglądał przez balkon. Nic się nie działo i jeszcze nie było samochodu. Uznał, że gdzieś wyjechał – opowiada Kazimierz Patrzyła.
Policję wezwał krewny, który od dłuższego czasu próbował skontaktować się z rodziną. Również znajomi i współpracownicy nie mogli nawiązać z nimi kontaktu. Telefon milczał. Wojciech przestał przychodzić do prywatnej kliniki, gdzie był kierownikiem oraz do urzędu miasta.
– Byłam dwa razy, ale zawsze były drzwi zamknięte – wskazuje Irena Lewak, która na co dzień mieszka w Warszawie. Specjalnie jeździła do Lublina, aby sprawdzić, co się dzieje z rodziną B.
Wszyscy obawiali się, że mogło stać się coś złego, ale nikt z nich nie był przygotowany na to, co zastali na miejscu…
– Pomimo, że rodzina posiadała klucze, to nie mogli wejść. W środku mieszkania były dwa ciała z postrzałem głowy oraz trzecie ułożone w innym miejscu. Przy tym ciele była broń. To kazało wysnuć hipotezę, że mężczyzna zastrzelił swoją żonę i córkę, a następnie z tej samej broni popełnił samobójstwo. Kobiety były w łóżkach, mężczyzna znajdował się w przedpokoju – relacjonuje podkom. Andrzej Fijołek z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
W mieszkaniu doszło do samobójstwa rozszerzonego. Starszy pan zastrzelił, żonę i córkę z broni myśliwskiej znalezionej tuż przy zwłokach.
– Dziwię się, że nikt nie słyszał strzałów – mówi jedna z mieszkanek bloku, w którym doszło do morderstwa.
Policja zabezpieczyła wszystkie ślady oraz broń na miejscu zbrodni. Powołała biegłych z zakresu balistyki i medycyny sądowej, którzy ustalili przebieg wydarzeń. Przeprowadzono również sekcję zwłok, która potwierdziła tezę śledczych i prokuratury…
– Było to samobójstwo rozszerzone. Wszystko wskazuje na to, że 72-letni mężczyzna zabił swoją 70-letnią żonę i 38-letnią córkę – mówił podkom. Andrzej Fijołek z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
Kim był Wojciech B.?
– Szok. Jeszcze nie mogę tego przetrawić. Dlaczego? Znam go z bardzo pozytywnej strony. Nazywałem go „dusza człowiek” – mówi Kazimierz Patrzyła, wiceprzewodniczący Rady Miasta Świdnik.
Wojciech był lekarzem oraz radnym ze Świdnika. Funkcję radnego pełnił przez wiele lat. Do końca swojego zakończonego tragedią życia prowadził też praktykę lekarską. Był lekarzem rodzinnym i specjalistą w dziedzinie pediatrii, powszechnie znanym i szanowanym. Jego żona była emerytowaną nauczycielką. Oboje opiekowali się niepełnosprawną córką.
– Kochał rodzinę. To było widać i słychać. Najbardziej przeżywał niepełnosprawną córkę – podkreśla Kazimierz Patrzyła.
Mężczyzna spełniał się również jako zapalony myśliwy. To właśnie z jednej z broni, których używał w tym celu, zamordował swoją żonę i córkę…
– Był bardzo dobry dla rodziny. Opiekuńczy – dodaje Lewak.
Dlaczego zabił?
– Wiedziałem, że ma lekkie zadłużenia. Sam go wspierałem finansowo w ubiegłym roku. Oddał mi pieniądze zgodnie z umową. To było około 5 tys. zł – mówi Kazimierz Patrzyła.
Z oświadczeń majątkowych, które Wojciech B. musiał składać jako, radny wynikało, że mężczyzna od jakiegoś czasu notorycznie zaciąga pożyczki w bankach. Niektóre źródła mówią o tym, że wkrótce kwota zadłużenia mogła osiągnąć aż milion złotych.
– Zdecydowali się sprzedać mieszkanie. Jeszcze spłacali na nie kredyt – wspomina Irena Lewak.
Na pozór wydawało się, że rodzina nie powinna mieć takich problemów. Wojciech zarabiał około 16 tys. zł miesięcznie, a jego żona miała nauczycielską emeryturę. Żyli dostatnio i na poziomie. Jednak trzy lata przed tragedią zaczęło się to zmieniać. Pieniędzy nie starczało na zapłatę zobowiązań kredytowych. Lekarz próbował nawet za pośrednictwem Internetu sprzedać swoje udziały w spółce medycznej.
– Źródła tragedii należy szukać w jego słabym charakterze. To są ogromne kłopoty finansowe, wręcz tragiczne. Był okres, kiedy im się świetnie wiodło. Od niecałych trzech lat zaczęły się problemy, długi i stało się, co się stało. Nie poradził sobie – mówiła Irena Lewak.
Czy to długi doprowadziły Wojciecha na skraj bankructwa i były powodem odebrania życia sobie oraz swoim bliskim?
Hazard
– Nie widziałem u niego ciągoty do hazardu. Teraz, jak dostaję informacje, że przewijał się tam jakiś hazard, to dla mnie szok – dodaje Patrzyła.
Wojciech był uzależniony od hazardu. Codziennie od godziny 4.00 do 7.00 przesiadywał przy komputerze, prawdopodobnie uprawiając internetowy hazard. Mężczyzna zatracił się w tym. Nie umiał przestać…
– To była tajemnica poliszynela. Miał prawdopodobnie długi hazardowe. No, bo jakie mogły być inne? Banki nie miały co zabrać. Mieszkanie było już nie ich, tylko zięcia. Mogli mieszkać. Dlaczego on to zrobił? Prawdopodobnie był w ogromnej depresji, bo nie ma innego wytłumaczenia – zastanawia się Irena Lewak.
Hazard po raz kolejny stał się zgubą dla człowieka. Wojciech stracił przez niego wszystko oraz pozbawił życia tych, którzy najbardziej go kochali i na niego liczyli …
Pamiętajmy – hazard to taki sam nałóg jak alkohol lub narkotyki. Można i trzeba go leczyć!
0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments