Kara Śmierci w Polsce i ostatni kat

„Zobowiązuję się wykonywać wyroki śmierci jak prace zlecone i utrzymywać w ścisłej tajemnicy wszelkie wiadomości związane z wykonywaniem tych czynności i w żadnych okolicznościach nie ujawniać tej tajemnicy” – przysięga katowska.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku kara śmierci była wykonywana przez plutony egzekucyjne składające się z żołnierzy poborowych. Działo się tak dlatego, że w dopiero co odrodzonej Polsce nie było to w żaden sposób uregulowane prawnie i działano na przepisach z czasów zaborów. Dopiero w 1922 roku rozwiązanie to zostało skrytykowane przez dziennik „Świat” tymi oto słowami: „Czy słusznym jest, ażeby do wykonywania kary głównej używano wojska? Czy widzicie pluton naszych młodych, dzielnych żołnierzy – powołanych w szeregi dla obrony ojczyzny przed wrogiem zewnętrznym – w tej niecącej zgrozę roli?”

Teoretycznie nieprzyjemność spełnienia obowiązku kata, mogła spotkać każdego poborowego. Ale że teoria nie idzie w parze z praktyką, tak i w tym przypadku plutony egzekucyjne składały się z ochotników. Rozstrzeliwani byli nie tylko mordercy, ale również skorumpowani urzędnicy, czy średniej rangi złodzieje, którzy targnęli się na mienie państwowe. Zgodnie z przepisami o sądach doraźnych procesy często trwały tylko kilka godzin, od wyroku nie było odwołania, a egzekucję wykonywano nazajutrz o świcie. Wojskowi w roli kata występowali do wiosny 1926 roku. Dopiero wtedy pomyślano o tym by zmienić przepisy i na ich mocy powołać urząd kata. Zmianie uległ również sposób wykonywania kary śmierci, dotychczasowe rozstrzelanie zostało zastąpione na stryczek. Pierwszym zaś katem II RP został Stefan Maciejewski (prawdziwe nazwisko: Alfred Kalt). „Łysiejący szatyn, około trzydziestki”, jak został opisany po paru latach w magazynie „Tajny Detektyw”. Swoją pierwszą egzekucję przeprowadził 30 kwietnia 1926 roku w Rzeszowie, na członku gangu grasującego w okolicznych wsiach.

„Kat do swojej pracy przygotowywał się sumiennie, dbając nawet o to, aby na każdą egzekucję wkładać nowe białe rękawiczki, gdyż, jak sam mówił, nie chciał używać już raz poplamionych. Skazanego przyprowadzali pomocnicy, którzy ustawiali nieszczęśnika pod szubienicą. Tutaj wszystko zależało od zdolności kata. Wieszanie to rzemiosło, rządzi się konkretnymi prawami. Drobna różnica w ustawieniu liny i zamiast przez ułamek sekundy skazany cierpieć będzie przez całe godziny. Maciejewski zakładał stryczek, a kiedy lina okręcała się wokół szyi skazanego, któryś z pomocników kata usuwał stołek albo odsuwał klapę pod skazanym. Następnie kat zzuwał rękawiczki i rzucał je pod szafot — jego praca była skończona. Teraz to lekarz miał określić, że zgon nastąpił i kaźń dobiegła końca. Potem, już całkowicie prywatnie, w zaciszu domowym, Maciejewski robił małe stryczki, do których przypinał karteczki z personaliami skazanych, i wieszał je w specjalnie do tego przeznaczonej szafce” – tak opisuje technikę pierwszego kata Paweł Rzewuski w książce Grzechy „Paryża północy”.

W latach 1956 – 1988 karę śmierci wykonano na 321 skazanych, były to czasy PRL więc na pewno nie każda z tych osób zasługiwała na śmierć. W Polsce cel śmierci było sześć i mieściły się w Łodzi, Krakowie, Poznaniu, Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. Najsłynniejsza i jednocześnie ta w której przeprowadzano najwięcej egzekucji mieściła się w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej.

Egzekucja była zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach, nie było miejsca na błąd. Skazańca wyprowadzano z celi pod pretekstem widzenia czy badań lekarskich, a same egzekucje były wykonywane wcześnie rano. Skazańca prowadzono do niewielkiego pomieszczenia z zapadnią i sznurem zakończonym pętlą zawieszonym na haku pod sufitem. Ostatnie życzenie nie mogło odsunąć egzekucji na dłużej niż godzinę, a najczęściej wybieranym był papieros lub posiłek, alkohol nie wchodził w grę. Ostatnie życzenie nie mogły zostać też naruszone zasady moralności i powagi chwili. Przed egzekucją skazany mógł skorzystać z posługi duchowej i tylko wtedy mógł zostać bez obstawy strażników. Po spełnieniu ostatnich życzeń, skazaniec był przeprowadzany do miejsca gdzie miał zakończyć żywot, tam zaś miał zasłaniane oczy i stawał na zapadni…

Podczas wykonania egzekucji poza katem i jego ofiarom, obecny musiał być naczelnik więzienia, prokurator i lekarz. Osobą która mogła brać udział w egzekucji był adwokat skazańca, lecz zdarzało się to bardzo rzadko.

W Polsce ostatni wyrok został wykonany 21 kwietnia 1988 roku. Skazańcem zaś był Andrzej Czabański, który w brutalny sposób zgwałcił i zabił sąsiadkę, a następnie próbował zabić dwie córki, które widziały z kim ich mama wyszła z domu. Do tego morderstwa doszło w czerwcu 1984 roku, gdy żona Czabańskiego przebywała na oddziale położniczym i miała urodzić drugie dziecko. Zaledwie 24- latek tej nocy opijał przyjście na świat nowego członka rodziny, lecz w jego głowie zrodził się okrutny plan zgwałcenia i zamordowania sąsiadki. Wywabił ją z domu pod pretekstem połączenia telefonicznego z kimś z zagranicy. Zanim dojechali na miejsce zbrodni, samochód, za kierownicą którego siedział Czabański, zatrzymała milicja. Mimo iż od mężczyzny wyczuwalną była woń alkoholu, nie zatrzymano go. W końcu na łąkach w miejscowości Ładna (woj. małopolskie) 24-latek brutalnie zgwałcił kobietę, a następnie wielokrotnie uderzył ją w głowę podnośnikiem samochodowym. Po morderstwie wymył ręce w kałuży i wrócił do mieszkania ofiary, z planem zlikwidowania osób, które wiedziały, z kim kobieta wyszła – jej córek. Czabański napadł nastoletnie dziewczyny i dusił je. Nastolatki krzyczały, a wezwania na pomoc usłyszeli sąsiedzi. To oni spłoszyli mordercę. Gdy prowadzono go do miejsca kaźni, opierał się, wył i bluźnił.

Z perspektywy ostatniego kata, którego tożsamość jest utajniona do roku 2038 roku, wykonywanie egzekucji nie było czymś szczególnym, praca jak każda inna. Ktoś w końcu musiał wymierzać karę śmierci. Kat ubrany był w czarny garnitur, białą koszulę, czarny krawat oraz białe rękawiczki, które po egzekucji rzucał na pierś swej ofiary. Twarz kata była zasłonięta nie ze względu na ochronę tożsamości, lecz dlatego by kara była wymierzona przez „rękę” sprawiedliwości a nie konkretną osobę. Przy egzekucjach, udział brał także pomocnik kata, którego zadaniem było założenie opaski na oczy skazańcowi przed egzekucją. Założenie pętli, zwolnienie zapadni i wypełnienie odpowiednich dokumentów należało do kata. Po egzekucji ostatni kat szedł, na wódkę do baru. Szacuje się, że w okresie PRL- u funkcjonowało czterech katów, a funkcja ta nie była ich głównym zajęciem. Wynagrodzenie jakie otrzymywał kat w tamtych latach to 1/3 średniej pensji, a ostatni z katów pracował jako strażnik w jednym z wiezień.

Kto mógł zostać katem? Praktycznie każdy, kto byłby w stanie mordować ludzi za pieniądze w imię sprawiedliwości. Poprzednik ostatniego kata nie wytrzymał psychicznie i popadł w alkoholizm. Uczestnictwo w egzekucjach – średnio około 10 rocznie – musiało więc odciskać piętno na psychice. Stanisław Podemski, znakomity prawnik, w „Pitawalu PRL-u” zapisał takie oto znamienite słowa: „Ofiarami kary śmierci są także jej wykonawcy”.

Opracował: Jan Kryński

Źródła:

„Spowiedź polskiego kata” – Andrzejczak Jerzy


„Budżet nie przewiduje innej możliwości”. Jak w przedwojennej Polsce wykonywano karę śmierci?


https://superhistoria.pl/historia-do-rzeczy/89088/zabijal-gdy-zona-rodzila-ostatnie-egzekucje-w-prl.html
https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/to-byl-ostatni-wykonany-wyrok-smierci-w-polsce/8bp1mnt#slajd-1
https://finanse.wp.pl/upiorne-zlecenia-kim-byli-ostatni-polscy-kaci-6114152898995841a

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments