Winny czy nie winny?

Winny czy niewinny?

Poniższy tekst może być dla wielu z was drodzy Czytelnicy, kontrowersyjny. Może wzbudzać skrajne emocje, dlatego mam prośbę, by w komentarzach zachować kulturę wypowiedzi.

Wszyscy doskonale znamy powiedzenie: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. Maksyma ta pochodzi z czasów PRL, a zdanie to miał powiedzieć Andriej Wyszyński, prokurator ery stalinowskiej w ZSRR. Czy i tak było w tym przypadku? Niestety każdy będzie musiał ocenić samemu…

W czerwcu, 2011 roku, został skazany na rok i cztery miesiące więzienia w zawieszeniu na cztery lata ks. Mirosław Bużan. Czynu, za który dostał wyrok, to rozpijanie i molestowanie 15-letniej parafianki. Do tego haniebnego czynu miało dojść w grudniu 2009 roku, kiedy to po spowiedzi miał zaprosić pokrzywdzoną na plebanię. Tam miał przygotować nieletniej kilka drinków, a następnie zacząć molestować mimo wyraźnych protestów z jej strony. Według księdza, Aleksandra M. tego dnia sama przyszła do księdza już pijana, twierdziła też, że zamierza się zabić. Twierdzi także, że padł ofiarą prowokacji wymierzonej w jego dobre imię. Kto mówił więc prawdę? Nie wiadomo do dziś.

Sprawa trafiła do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, a stamtąd do sądu. Proces, jak w takich przypadkach bywa, był poszlakowy. Było to słowo przeciwko słowu, a jak dobrze wiemy, nie są to łatwe procesy. Prokuratura oparła się wyłącznie na zeznaniach dziewczyny, nie przesłuchując należycie świadków ze strony księdza, nie przeprowadzając rzetelnego rozpoznania sprawy, nie sięgając po bogatą kartotekę szkolną Aleksandry M. świadczącą o jej demoralizacji. Według niektórych źródeł za całą to sprawą miał stać lokalny biznesmen, który od lat groził księdzu, że zemści się na nim w odwecie za brak poparcia politycznego. To on miał podkupić rodzinę dziewczyny i razem z jej rodzicami ukartować plan zniszczenia księdza. Gdy sąd i opinia publiczna wydała wyrok na księdzu, rodzina Aleksandry M. niedługo potem wyremontowała dom, choć do tej pory korzystała z pomocy instytucji charytatywnych. Skąd mieli na to pieniądze? Źródła tego nie podają, ale to właśnie ten fakt mnie najbardziej zaintrygował.

Ksiądz Mirosław Bużan, będąc pewnym swej niewinności i mając za sobą znaczną część społeczności z parafii w Bojanowie, postanowił walczyć o odzyskanie dobrego imienia. Poprosił swojego siostrzeńca, którego znajomy spotykał się z Aleksandrą M., żeby tamten pociągnął ją za język i nagrał rozmowę. Tak się też stało. Efekty przerosły oczekiwania. Dziewczyna, której zależało na chłopaku, przyznała, że nic między nią a księdzem nie było. „No, była taka sytuacja wymyślona (…), to była pewnego rodzaju gra…” – mówiła. Ponieważ ksiądz obawiał się, że jedna rozmowa może nie wystarczyć, poprosił o jeszcze nagranie dwóch rozmów, co też się stało. Rozmowy rozwiały wszelkie wątpliwości. „No przecież ci mówiłam, że ten T. i moi rodzice…” – przyznała się Aleksandra M. Ks. Bużan zlecił więc ekspertyzę fonoskopijną. Gdy biegły uznał oryginalność i autentyczność nagrań, ksiądz złożył zawiadomienie do prokuratury. Dołączył wszystkie dyktafony i stenogram. W międzyczasie kłopoty z prawem zaczął mieć Sebastian, który nagrał rozmowę z Aleksandrą M. Trafił on do więzienia pod zarzutem wyłudzenia, w związku z zamówioną przez Internet przesyłką, której nie wysłał, zaczęły się wokół niego dziać dziwne rzeczy. Był fatalnie traktowany w areszcie i wydobyto od niego zeznania, jakich, jak twierdzi, nie składał, ponadto został oskarżony o tworzenie fałszywych dowodów. Prokuratura przyjęła zgłoszenie, po czym nagranie zostało kolejny raz poddane badaniom. Według niego nie dało się ustalić, że osobą z nagrania była Aleksandra M. Według księdza osoba, która badała taśmy z ramienia prokuratury, była osobą niekompetentną, a dodatkowo osoba ta pracowała w służbach bezpieczeństwa w IV wydziale (do zadań tego wydziału funkcjonującego w PRL, należała walka z Kościołami i związkami wyznaniowymi). Ksiądz wystąpił o przekazanie taśm do kolejnej ekspertyzy, ale okazało się, że oryginalne nagrania zostały zagubione w gdańskiej prokuraturze, a sprawa została zamknięta. Sprawa zagubienia dowodów przez prokuraturę w Gdańsku trafiła do prokuratury w Słupsku, jednak została umorzona. W uzasadnieniu prokuratury możemy przeczytać: „Do utraty dyktafonów mogło dojść po uprzednim zsunięciu się ich do kosza na śmieci, a następnie poprzez omyłkowe potraktowanie ich za odpady utracone dyktafony nie przedstawiały znaczącej wartości materialnej, a ich utrata nie doprowadziła m.in. do utrudnienia lub prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Gdańsku postępowania karnego”.

W lutym 2014 roku sprawa trafiła ponownie na wokandę. Sąd Okręgowy w Gdańsku jednoznacznie podważył decyzję gdańskiej prokuratury, a sędzia Ilona Buła stwierdziła, że sprawa od samego początku miała niejednoznaczny charakter i kryły się za nią „podstępne” działania. Podkreśliła także, że Prokuratura „przedwcześnie i zbyt pochopnie podjęła decyzję o umorzeniu śledztwa”. Zauważyła też, że prokurator Aleksandra Badtke nie przyjęła ekspertyz (m.in. biegłego sądowego powołanego przez ks. Bużana) i przedwcześnie zamknęła sprawę. Nakazała więc ponownie rozpatrzyć sprawę, a z uwagi na istnienie dwóch sprzecznych ekspertyz, nakazała powołanie trzeciego eksperta. Opinia fonoskopijna miała być wydana przez Instytut Prof. Jana Sehna w Krakowie, jednak ze względu na brak oryginalnych nagrań zagubionych przez prokuraturę w Gdańsku, nie może wydać jednoznacznej i niepodważalnej opinii. Ponadto eksperci uznali, że mają za mało materiału porównawczego. Ksiądz zwrócił się więc do gdańskiej prokuratury o dostarczenie materiału z głosem nagranej dziewczyny, lecz wniosek ten został odrzucony.

Ksiądz zwrócił się do ówczesnego Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz do Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego, w odpowiedzi dostał pismo z informacją, że sprawa po raz kolejny została przekazana do zbadania w Prokuraturze Regionalnej w Gdańsku. Tej samej, która zgubiła dowody mogące oczyścić oskarżonego duchownego.

Obrońca Aleksandry M. pan Bogdan Senyszyn przygotował przeciwko księdzu i kurii pozew o zapłatę wysokiego odszkodowania jako sprawcom krzywdy, jakiej doznała jego klientka.

Sprawa ta nie jest taka prosta, jak by się mogło wydawać, więcej jest pytań niż odpowiedzi. Nie będę oceniał, kto ma rację, bo w dzisiejszych czasach łatwo jest kogoś niesłusznie oskarżyć, czego dowodem jest choćby sprawa Tomasza Komendy. Każdy z nas musi sam ocenić czy prawda leży po stronie dziewczyny, która w perfidny sposób została wykorzystana, czy też księdza, który padł ofiarom pomówienia.

Opracował: Jan Kryński

Źródła:
https://www.gosc.pl/doc/1848717.Ksiadz-skazany-za-pedofilie-niewinny
https://dziennikbaltycki.pl/sprawa-proboszcza-z-bojana-ksiadz-miroslaw-buzan-zali-sie-na-sledczych/ga/3315332/zd/3317258
https://dziennikbaltycki.pl/sprawa-ks-miroslawa-buzana-z-bojana-sfabrykowali-dowody-zeby-bronic-ksiedza/ar/1068888
https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/313204-tylko-u-nas-porazajaca-historia-ksiedza-zniszczonego-przez-pomorska-prokurature-dowody-niewinnosci-zagubiono-prokurator-awansowala?strona=1

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments