Las w Witkowicach – wielka mistyfikacja

Las w Witkowicach – wielka mistyfikacja, oszustwo, które stało się żywą legendą. Pierwsza popularna Polska creepypasta i Polskie „Blair Witch Project”… O to niektóre z mianowników tej historii. Dlaczego wciąż w nią wierzymy?

Historie 9 zaginionych studentów z Lasu Witkowskiego zna zapewne wielu z was. Można ją określić mianem kultowej. Jest to pierwszy najbardziej jaskrawy przykład fake news w Polsce z początku wieku.

Tekst ma zabarwienie satyryczne…

Gdzie jest ten las?

„Legenda Lasu w Witkowicach” ma już prawie dwie dekady i jest dalej żywa. Regularnie różne media i portale przypominają nam o niej. Jednak jakie wielkie musi być rozczarowanie, gdy ktoś skuszony tymi opowieściami udaje się w to miejsce… i okazuje się, że to zwykły park miejski… Miejsce jest – owszem – znane, ale bardziej przez ludzi, którzy wybierają się tu ze swoimi pupilami na spacer. Dzieci mogą się bawić swobodnie, a młodzi ludzie organizują libacje alkoholowe. Są nawet wiaty, pod którymi można odpocząć. Przez las w Witkowicach prowadzi między innymi żółty szlak rowerowy biegnący przez dolinę Bibiczanki, czerwony szlak rowerowy „Gminy Zielonki”, jak i również pieszo-rowerowy szlak Twierdzy Kraków.

Gdzie ta wręcz tajemnicza puszcza czy ciemny dziki las, który wyłania nam się z tej opowieści? Gdzie miałyby się znajdować ruiny świątyni? Po zmroku również las nie ożywa. Nie przekształca się w tajemniczą, przepełnioną grozą miejsce rodem z horrorów. Oto zwykły las nocą – co udowodniło wiele grup urbexowych, które próbowały rozwiązać tę zagadkę. Pomimo wielu lat dalej nie zanotowano żadnej strasznej sytuacji. Może poza agresywnymi nastolatkami i kieszonkowcami… Kiedyś znaleziono samobójcę… I oto w tym miłym i przyjemnym miejscu miały mieć miejsce opisane wydarzenia…

Niewinny żart, który ożył?

Nie jest do końca jest jasne, kto dał życie temu tworowi. Podobno autorem jest student lub grupka tychże. Nie wiadomo, co było zamysłem autora. Czy miał być to tylko głupi, niewinny żart? Według niektórych źródeł chciał stworzyć współczesną legendę. Czy mu się udało? Tak, aż nadto wykonał swój cel.

Pamiętajmy, dwadzieścia lat temu pojęcie urban legend (miejska legenda) czy creepypasty praktycznie było nieznane. Były to czasy GG, czatów i blogów. Było niewiele polskich stron i duży problem stanowiło znalezienie interesujących nas informacji. Zaczynały być popularne kafejki internetowe, w których młodzi ludzie spędzali godziny na grach, surfowaniu na necie i komunikacji internetowej. To wtedy na takiej „prymitywnej” stronie pojawiła się „Legenda Lasu Witkowskiego”.

Czytano ją z wypiekami na twarzach. Informacji w nich zawartych na ten moment nie dało się zweryfikować. Dziś wystarczy wpisać hasło w wujka Google i znaleźć odpowiedni link. Wtedy przepływ danych był ograniczony, a gazety bardzo rzadko publikowały swoje artykuły w formie elektronicznej. Nie były również archiwizowane.

Na równie trudno byłoby nam znaleźć na czacie, bądź GG osobę, z tak niewielkiej miejscowości, która mogła i chciała nam udzielić informacje. W takiej sytuacji została nam do zdobycia książka telefoniczna. Co nie należało do łatwych zadań, ponieważ, jeśli z naszego regionu mieliśmy taką w domu, to zdobycie jej z innego stanowiło już wyzwanie. Mogliśmy jeszcze liczyć na ciocię mieszkającą gdzieś pod Krakowem, która przepisze nam lub wyśle stronę / ksero z numerami stacjonarnymi do domów i mieszkańców Witkowic. Teraz tylko musimy poczekać na listonosza, co przyniesie nam list ze wspomnianymi danymi.

Kolejna sprawa. Jakby miała wyglądać tak rozmowa:

Przepraszam, dzwonię w sprawie lasu. Czy u was w lesie straszy?

Ostatecznie zostało nam pojechać i samemu sprawdzić czy to prawda. Jeśli mieszkasz dostatecznie blisko, podróż nie powinna sprawić Ci trudności. Natomiast jeśli nie – to tu zaczynały się schody. Zaplanowanie wyjazdu w tamtych czasach nie było takie proste. Istniało niewiele połączeń międzymiastowych. Nie zapominajmy o ubogich węzłach komunikacyjnych. Najprostszym sposobem było dojechać do Krakowa pociągiem lub PKS’em, który jeszcze w tym czasie istniał. Dziś nie mamy większych problemów z zaplanowaniem podróży nawet z przesiadkami. Sprawdzamy e-podróżnika i o, la la!, mamy całą trasę z punktu A do punktu B. 20 lat temu nie mogliśmy mieć pewności, o której i kiedy będzie kolejne połączenie do wybranego miejsca.

Zostało nam tylko znalezienie lasu…

Z trudem docieramy na miejsce – Dworzec Główny w Krakowie. Pomijając fakty, że wyglądał całkiem inaczej, niż teraz szukamy przystanku komunikacji miejskiej. Musieliśmy mieć, a wcześniej zdobyć mapę, która jest niezbędna. Chyba nikt wtedy nie słyszał jeszcze szerzej o GPS’e. Na przystanku musimy odnaleźć odpowiedni autobus. Mając mapę w ręce szukamy nazwy ulic, które doprowadzą nas jak najbliżej miejsca docelowego. Weryfikujemy je z nazwami przystanków na rozkładzie jazdy i jedziemy. Kiedy mamy znajomych lub ciocię pod Krakowem, której syn akurat zgodził nam się pomóc sprawa rozwiązuje się sama.

Po dotarciu na miejsce rodzi się jedno pytanie: gdzie ten las?

Niekończąca się opowieść

Społeczeństwo było wtedy zupełnie inne. Było ufnie nastawione na to, co znajduje się w Internecie. Mielimy niezachwianą wiarę w to, że wszystko, co jest w Sieci jest prawdą. Mając z tyłu głowy jeszcze czasy komuny byliśmy skłoni uwierzyć w wyciszenie sprawy zaginięcia 9 studentów. Jednak to już było nowe milenium, z komuną pożegnaliśmy się już dekadę wcześniej! Nikt nie zastawiał się, że taka sprawa nie mogła po prostu przejść bez echa. W poprzednim ustroju takie działania były czymś dopuszczalnym, ale dlaczego nie poznaliśmy nawet dzięki „poczcie pantoflowej” danych zaginionych studentów? Co z ich rodzinami? Jeśli nie one, to ktoś w końcu zacząłby o tym mówić, dalsi krewni, znajomi, czy sąsiedzi którzy zauważyli brak jednego dziecka w rodzinie. Pytaliby… Mówili miedzy sobą… Plotkowali… I źródeł informacji o tych wydarzeniach byłoby znacznie więcej.

Parafrazując pamiętny cytat z filmu „Służby Specjalne”: Kto was tak wyciszył?

„Las w Witkowicach” był pierwszym takim viralem w Polskiej Sieci. Krążył przesyłany i powielany setki razy. Tak jest zresztą do tej pory. Wszyscy w to uwierzyliśmy na prawie dwie dekady, bo czemu nie wierzyć? Teraz wierzymy dalej… ale dlaczego? Wiara w Las w Witkowicach jest nieprzerwanie żywa. Na szczęście jest to dość niegroźny trend. Do tej pory wielu śmiałków próbowało i próbuje odszukać ruiny świątyni czy jakieś wskazówki o zaginięciu. Jedyną odnotowaną poszkodowaną osobą po takiej eskapadzie była dziewczyna ze skręconą kostką.

Teraz możemy w tego typu historiach, urban legend czy creepypastach przebierać do woli. Jest ich tysiące, mniej lub bardziej absurdalnych. Powstał nawet cały nurt opowiadający o zaginionych studentach/ zaginionych w lesie. Stały się wzorem dla wielu polskich twórców. W tych czasach każda historia z tego gatunku z góry jest porównywana do „Legendy lasu w Witkowicach”. Czy teraz udałoby się jej przebić z ogromu konkurencji?

Historia lasu wydaje się niedokończona. Zostawia wiele znaków zapytania. Czy taki miał być zamysł autora? A może porostu nie miał pomysłu? Niektóre źródła podają, że miała powstać dalsza część, ale nie wiadomo czy ojciec, przestraszony popularnością swojego dziecka, postanowił milczeć… Czy po prostu uznał, że najlepszym zakończeniem będzie brak zakończenia? I ta niekończąca się opowieść zostawia pewien niedosyt, który być może napędza machinę poszukiwań w Lesie w Witkowicach.

Jak to jest z tym „Blair Witch Project”?

Kiedy czytam porównania tych dwóch historii staje mi przed oczami taki slogan: „Las w Witkowicach: polska odpowiedź na Blair Witch Project”.

Nie da się nie zauważyć nawiązań autora do kultowego już Blair Witch Project, który miał swoją premierę w 1999 roku. Natomiast zaginięcie naszych studentów miało mieć miejsce jesienią 2001 roku. Film jest kręcony w konwencji found footage. Jest to chyba pierwsza tego typu pozycja na polskim rynku.

„Blair Witch Project” opowiadał historię trójki studentów, która wybiera się do lasu Black Hills, niedaleko miejscowości Burkittsville w stanie Maryland, aby nakręcić dokument o legendarnej wiedźmie z Blair, rzekomo zamieszkującej okoliczne lasy. Z lasu nigdy jednak nie wrócili. Około roku po ich zaginięciu w ruinach domu Rustina Parra odnalezione zostają ich taśmy, na których uwieczniona jest ich kilkudniowa wędrówka po lesie. Jak się okazuje, w niedługim czasie po wejściu do lasu trójka bohaterów zaczyna słyszeć dziwne głosy i dostrzegać niepokojące zjawiska. Więc widzimy wiele wspólnych mianowników dla obu historii: tajemniczy las, zaginieni studenci oraz paranormalne siły, odnalezienie kamery z nagraniami/aparatu ze zdjęciami, odnalezienie pozostawionych materiałów. Więc zarys scenariusza jest bardzo podobny.

Film był kręcony zwykłą kamerą w formie paradokumentu. Przez ten zabieg wiele osób uznało nagranie za autentyczne. Łatwo nam było uwierzyć w jego prawdziwość, ponieważ plotki podsycały jeszcze te założenia. Na kanonie popularności tego filmu powstała właśnie „Legenda lasu Wilkowskiego”. Środkiem przekazu zamiast porzucanych taśm był tu Internet. Był to zabieg łatwiejszy do zrealizowana dla możliwości przeciętnego Polaka na początku tego milenium. W Polsce wtedy były rzadkością kamery do użytku własnego. Tym bardziej rodzice nie zgodziliby się na oddanie jej pod opiekę STUDENTOWI jak i samego jego nie było na taką stać.

Nieważne jak mówią, ważne że mówią.

Z jednej strony legenda jest udręką dla mieszkańców, a z drugiej strony dzięki niej miejscowość stała się rozpoznawalna. Zdobyła pewnego rodzaju sławę. Kierujemy się tu zasadą – nieważne jak mówią, ważne jak mówią. Turyści z chęcią przyjadą, aby zobaczyć ”najbardziej nawiedzony las w Polsce”. Mieszkańcy zgodnie twierdzą, że żadne zaginięcie nie miało tu miejsca. Cała historia wsi została wyssana z małego palca. Najbardziej emocjonalnym wydarzeniem od lat była kłótnia kibiców dwóch przeciwnych drużyn, która i tak skończyła się tylko na utarczkach słownych.

Mieszkańcy są nieustannie wypytywani i wałkowani przez żądnych przygód poszukiwaczy przygód. Na nic się zdają tłumaczenia. Przecież można to wyjaśnić zmową milczenia mieszkańców. A wieś przecież została przyłączona do miasta Krakowa. Jest spokojnym miejscem dla rodziny z dzieckiem. Na próżno szukać tu pradawnych bóstw czy starożytnych świątyń. Jednak na zawsze przylgnęła tu łatka „nawiedzanego lasu”. Została taka lokalną „atrakcją turystyczną”.

W Internecie nic nie ginie.

I tak dobijamy do brzegu….

To właśnie te i inne elementy złożyły się na długie i niezmącone życie „Legendy lasu w Witkowicach”. Może kiedyś uda nam się poznać jej autora? Może się ujawni? Sama z chęcią przybiję mu „piąteczkę”. Jest największym „oszustem”, internetowym mistyfikatorem początku tego wieku w Polsce, jak i twórcą kultowym. Las w Witkowicach już na zawsze zapisał się w naszej świadomości. Wróżę mu dłuuuuuugie życie…

Z przymrużeniem oka: „Do końca świata i o jeden dzień dłużej”.

Czekam tylko na chwilę, kiedy NETFLIX, albo jakiś Polski reżyser ujrzy w niej potencjał i ją zekranizuje. Na pewno byłby ciekawszy, niż ostanie nasze produkcję na czele „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, a o „365 dni” nie wspomnę…

Niestety, do naszych czasów nie zachowała się strona z oryginalnym tekstem. Zaginęła w odmętach Sieci i czasu. Jednak w Internecie nic nie ginie. I oto…

„Legenda lasu Witkowice” (pisownia oryginalna)

Od zawsze była to w zasadzie spokojna wieś, o lekkich aspiracjach, położona na obrzeżach lasu. Ludzie tam mieszkający trudnili się głównie rolnictwem, ale niektórzy żyli również ze zbierania grzybów. Jednym słowem idylla. Oczywiście na pierwszy rzut oka. Mało kto wie, że wieś ta została założona na szczątkach innej. Od tego momentu zaczyna się robić dość ciekawie. Poprzednia osada została założona w wieku XII. Nazywała się „Mirena”. Przetrwała do początków XVIII, kiedy to uległa tajemniczemu spaleniu, a większość ludzi gdzieś zniknęła. A oto co udało nam się odnaleźć, materiały w pewnym stopniu wyjaśniające co doprowadziło do tej zagłady…

5 lat przed tym tragicznym wydarzeniem do osady przybywa grupa dziwnych innowierców (dziś nazwani zostaliby sektą). Nazywali siebie: „Strażnikami Quantara”. Do wioski sprowadzili ich tutejsi możnowładcy. Nie dowiedzieliśmy się po co, jednak tajemnicze wydarzenia nastąpiły niedługo po ich przybyciu. Wznieśli sobie głęboko w lesie świątynie ułożoną z kamieni, coś na kształt „Stonehage”. W niedługim czasie zaczęli świadczyć ludziom dziwne usługi, a raczej tej najbogatszej sferze. Prości ludzie (a była ich zdecydowana większość) od przybycia strażników podchodzili do nich nieufnie, szczególnie że założyli małą osadę w środku lasu i podobno oddawali cześć, jak to określił jeden z rolników „plugawym bóstwom „. Odtąd las już nie był tym samym miejscem, zaczął się powoli zmieniać, zdawało się wyczuć dziwną atmosferę, każdy po zmroku bał się do niego wychodzić. Od tego się w sumie zaczęło. Ludzie zaczynali mieć wszystkiego powoli dość. Jedna osoba, z wyżej postawionych w radzie miejskiej, postanowiła powstrzymać to, co zaczęło ogarniać miasteczko. Nie minęły 3 dni, jak dość dziwnie zaginęła. Było to pierwsze zaginięcie , ale nie ostatnie. Żyło w miasteczku paru najuboższych ludzi, którzy żyli głównie ze zbierania grzybów. W sumie nikt oprócz nich nie odważył się zostawać w lesie dłużej niż do zachodu słońca. Po każdym grzybobraniu lubili raczyć się alkoholem.

Pewnego razu chcieli podpatrzeć „strażników”. Na miejscu zauważyli , że oddają się oni dziwnym śpiewom, a wokoło unosi się lekko świecąca zielona mgła. Wtem śpiewy stały się głośniejsze i jak to oni określili „kapłani” przywołali „coś ohydnego z przestworzy” na ten widok wszyscy grzybiarze uciekli. Po pewnym czasie dostrzegli (a była już noc), że „przeklęta mgła powoli goni ich pomiędzy drzewami „, więc przyspieszyli. Szybko zgubili ją. Las wyglądał wtedy podobno niesamowicie, zgodnie z ich relacją konary drzew nachylały się tak, że w ogóle nie było widać nieba. Zdawali sobie sprawę z tego, że nie zdąża już do miasteczka, więc postanowili przenocować w lesie. Wtedy zaczął się prawdziwy koszmar. Nagle wszystko straciło na wyrazistości. Grzybiarze co prawda widzieli się nawzajem, ale wszystko dookoła od koniuszków drzew, zaczęło się rozmywać, powoli zajmując okolicę wokoło nich. Ale to, co przeraziło ich najbardziej, to fakt że dwóch z nich, stojących bliżej tego przerażającego zjawiska, zaczęło ogarniać to co przedtem las. Powoli zaczęli się stawać coraz bardziej, jakby rozmyci Na ten widok pozostała dwójka, krzyknęła ze strachu i pognała w las. Na tym kończy się ich relacja (przynajmniej z tego co pamiętają dwa dni później , gdy znaleziono ich na obrzeżach lasu).

Na pytanie co się z nimi stało odpowiadali tylko ogólnikowo, że „Przeklęty las ich dopadł”. Tydzień później sąd skazał ich za to że …”podstępem wyprowadzili swoich kolegów do lasu aby ich ograbić i zabić”. Warto jednak wspomnieć, że oskarżycielami w tej sprawie byli właśnie… ludzie, którzy sprowadzili sektę do miasteczka. A że byli wysoko postawieni sprawa była krotka. Za dwa tygodnie grzybiarze mieli zostać powieszeni Tu muszę przerwać. Wszystkie materiały, wywiady z ludźmi doprowadziły Nas do tego momentu. Jak zauważyliście, opisując wydarzenia lub raczej relacjonując je, wszystko to zostało oparte na tekstach źródłowych z tego okresu, wywiadach z potomkami ludzi wtedy żyjących, oraz archiwach sądowych tej sprawy.

Wszystkie jednak wydarzenia urywają się w tym miejscu. Wiadomo było tylko, że trzy tygodnie później spłonęła wioska, a ocalała jedynie niewielka część jej mieszkańców, głównie matki z dziećmi. Ale co doprowadziło do jej zagłady? Wtedy przeszukując archiwa, szperając w najbardziej odległych zakamarkach internetu oraz krakowskich bibliotek i czytelni trafiliśmy na jakiś ślad.

Kilka dni później udało nam się skontaktować z pewnym człowiekiem. Dostaliśmy od niego tajemniczego maila Była tam tylko data spotkania i miejsce. Stawiając wszystko na jedną kartę, udałem się na spotkanie. Jakież było moje zdumienie, gdy ujrzałem siwego duchownego, tzn. księdza. Uśmiechając się, przywitał mnie i zaproponował rozmowę. Zgodziłem się oczywiście od razu. Całą rozmowę nagrałem. W sumie była niedługa. Oto jej najciekawsze fragmenty:

R – redaktor, D – duchowny
D – Wiem czego szukacie, tzn. mogę się domyślać do jakiego momentu doszliście moi drodzy detektywi.
R – Naprawdę? Skąd ksiądz wie?
D – Chłopcze, to w końcu musiało zostać odkryte, ale od razu ci mówię, że zwykłe proste myślenie tego nie ogarnie.
R – Powoli ojcze, powoli. A więc czym się ojciec zajmuje, może najpierw?
D – Porządkuje i jestem, można powiedzieć strażnikiem pewnych starych zapomnianych spraw w archiwum archidiecezji krakowskiej. Także tych sięgających XVIII wieku.
R – Czy sugeruje ksiądz że….
D – Patrz chłoptasiu. Ukazuje przed tobą pamiętnik ojca Witkacego , bardzo zasłużonego w pewnych sprawach, ale mniejsza o to. I nie patrz tak na mnie, robię to po latach nieprzespanych, kiedy dręczyło mnie to wszystko. Ale to już cię nie dotyczy. Przeczytaj to i wykorzystaj właściwie. Pamiętaj , że był to dobry człowiek. Nie zhańb jego imienia dla własnych celów. A teraz zegnaj.

Po chwili jak odszedł, doszło do mnie, że po tylu tygodniach może mamy odpowiedź na pewne pytania to co przeczytałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania…

Zapomniany Pamiętnik ojca Witkacego

Dzień 1
Nazywam się …W sumie imię i nazwisko nic dla mnie nie znaczy. Wszyscy znają mnie jako Ojciec Witkacy. Zajmuje się egzorcyzmami i takimi troszkę rzeczami dość problematycznymi. Oczywiście działam z ramienia kościoła . Dwa dni temu dostałem od Biskupa poufne zlecenie. Moim zadaniem jest zbadanie tego co się dzieje w pewnej podkrakowskiej wiosce o nazwie „Mirena”. Miałem też dać ostatnią posługę dwóm skazanym grzybiarzom, oczekującym na wyrok. Do miasta przyjechałem przed nocą. Od razu widać było w powietrzu dość nerwową, czy wręcz złą atmosferę. Warto dodać, że miasteczko miasteczkiem, ale las dookoła niego robił niesamowite wrażenie, nieodparcie mnie jakoś pociągał, jednak emanowało z niego coś złego, ledwie wyczuwalnego. Wzdrygnąłem się tylko i udałem się do miasteczka. Pierwsze co zauważyłem w „Mirenie” to ludzie, psy, koty każda żywa istota miała w sobie lekko wyczuwalne emocje, konkretnie strach. Udałem się do parafii w mieście, by rozmówić się z tutejszym proboszczem. Miał na imię Jan. J – Jan , W- Witkacy (fragment rozmowy)

J – Szybko ojciec przybył.
W – Wielu ludzi jest zaniepokojonych tym, co się tu dzieje.
J – Każdy byłby, może mi ojciec wierzyć.
W -Dobrze. Niech ksiądz się uspokoi i opisze co się dzieje.
J – Zapewne ojciec wie co tu się wyprawia od przybycia tych ” strażników”. To doprawdy niesamowite to wszystko. A ta historia z tymi grzybiarzami. Powiem prawdę: ja im wierze. A ci wysoko postawieni magnaci chronią tą przeklętą sektę, a na dodatek … to nie ostatni przypadek. Ludzie zaczynają znikać. Od wypadku zniknęło już oprócz nich 10 osób, w tym 5 dzieci, co poszło się bawić do lasu. Zresztą to już nie jest las, ale przedsionek piekła.
W – Spokojnie! Właśnie tym się muszę zająć…

W tym momencie fragment pamiętnika jest nieczytelny. Następna wzmianka jest za kilka dni.

Dzień 4
Rzeczy przybrały zły obrót. Poważnie zaczynają ginąć ludzie, a najbardziej dzieci. Przedwczoraj zaginęła następna dwójka. Wszyscy zaczynają się denerwować. Wiem z pewnych źródeł, że szykowana jest przez mieszkańców miasteczka wyprawa do lasu! To może oznaczać samosąd.

Dzień 6
Znalazło się jedno z zaginionych dzieci ! Jest w strasznym stanie. Choć fizycznie nie jest tak źle, ale jego umysł Cały czas wpatruje się w dal, tak jakby na cos patrzył, ale nic nie mówi, czy też nie chce. W ogóle jest jak roślina. Niektórzy bardziej zabobonni ludzie twierdzą, że opętał go szatan, ale ja widzę (mając dość rozległą wiedzę z kilku dziedzin, w tym również z psychiki ludzkiej) i wiem ze dziecko to musiało przeżyć coś strasznego. Natomiast ja podjąłem pewna decyzje. Postanowiłem udać się do lasu sam. Według mnie sytuacja jest poważna. Jeśli ludzie dokonają samosądu, a ci strażnicy mają faktycznie do dyspozycji potężne siły to nie chce mówić naprzód, ale może dojść do rzeczy strasznych. Więc jutro rano udaje się do lasu. W dzienniku będę zapisywał podczas wyprawy większe szczegóły. Oby Bóg dodał mi siły!

Dzień 7 – Dzień wyprawy
Świt. Patrzę na wioskę, którą zostawiłem za sobą, obym szczęśliwie wrócił. Ostatnie spojrzenie idę dalej. Mam przed sobą las. Otacza go ta dziwna zła aura, którą wyczułem, na samym początku. Ostatni oddech… i wchodzę do lasu. Południe.

Stało się to co przewidziałem. Ludzie z miasta nie wytrzymali w końcu i zrobili najazd na wioskę „strażników”. Kiedy dotarłem na miejsce, zobaczyłem że kilku z nich nie żyje, przeżyło tylko dwóch i właśnie z nich ludzie postanowili urządzić kaźń w mieście. Boże, byleby się tylko wydostać z lasu. Przed północą.

Jutro ich proces, wiem że działałem samowolnie, ale dałem znać ludziom i większość dzieci i kobiet udało się do sąsiedniej wsi. Spodziewam się, że las upomni się o kapłanów, niestety też tych martwych. Wiem, że sam mogę nie przeżyć. Ale muszę tu być.

Dzień 8
Południe. Rozprawa sądowa odbyła się tak jak myślałem. Obydwoje zostali skazani na śmierć, dziś po zmroku. Jednocześnie odzyskali wolność grzybiarze, ale oni sami maja złe przeczucia, mówią nawet by zaniechać zemsty i puścić „strażników”. Niech się wynoszą jak najdalej stąd. Trójka tutejszych możnowładców, tych którzy sprowadzili sektę do miasteczka, zniknęła. Ale nikt tu nie ma ochoty puszczać strażników wolno. Wszyscy czekają w napięciu na egzekucje. Już po egzekucji. Wykonana została dość szybko, kiedy nagle wszystko umilkło. Było już po zmroku, coraz więcej ludzi zaczęło się wpatrywać w las, a ich oczy i wyraz twarzy stawały się coraz bardziej przerażone, pełne strachu, wiec i ja spojrzałem w kierunku lasu. Zobaczyłem niesamowite i mrożące krew w żyłach zjawisko! Z lasu zaczęła się dość szybko „wylewać” zielonkawa, na wpół świecąca mgła To niesamowite… Ona pędzi tak szybko Wszyscy ludzie jak stali, rzucili się z krzykiem do ucieczki, ale nie z miasta, ale do swoich domów. Ja sam schroniłem się w tutejszym kościele. Teraz pisze te słowa i widzę mgłę „wlewającą” się na ulice Boże! Co myśmy zrobili? Po co ta egzekucja? Niepotrzebna zemsta… Boże! Co się dzieje? Mgła w tym momencie zaczęła sięgać już pierwszych domów przy brzegu lasu, natomiast ludzie z tamtej strony gdzieś poznikali. Zaczynam mieć pierwsze problemy ze wzrokiem. Obraz Chrystusa przy oknie powoli traci ostrość, kształty zaczynają się lekko zamazywać . Nie mam jednak odwagi wyjrzeć już na ulice. Wiem, że to chyba moje ostatnie chwile , jednak postaram się pisać dopóki będę mógł. Od czasu ataku mgły na miasteczko, cały czas było słychać krzyki paniki ludzkiej. Nagle wszystko umilkło, tylko ten szelest drzew… Zaraz!!! Przecież drzew w obrębie wioski prawie w ogóle nie ma. O nie! To straszne! Pobliskie domy zaczęła ogarniać już mgła… Już coraz mniej widzę…
Głębia się rozszerza…

Opracowała GoSia Nieć
Korekta Aleksandra Jursza


https://steemit.com/polish/@hyubi/las-w-witkowicach-czyli-polskie-blair-witch
https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/9-osob-zaginelo-lesie-w-witkowicach-wielka-zagadka/hb7yfpj

Las w Witkowicach – polski Blair Witch Project?


https://forumarchiwum.gry-online.pl/S043archiwum.asp?ID=4960389
Inscenizacja

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Ciekawostki
0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments